Językowa historia Pynia część pierwsza – talent do języka 8


 

Wkraczając po raz drugi w macierzyństwo, byłam pewna siebie i pełna optymizmu. W końcu już przeszłam to raz i wiem, jak będzie. Ale jakże się myliłam! Już sam test ciążowy przy Pyniu wyglądał inaczej. Podwójna kreska była tak blada, że musiałam ich wykonać kilka, żeby w końcu uwierzyć, że jestem w ciąży. Cała ciąża z Talkusią była dla mnie czystą przyjemnością, zero problemów i przeogromne pokłady energii. Ciąża z Pyniem była natomiast zagrożona i czułam się tak zmęczona i senna, jak nigdy przedtem i potem. Nie byłam w stanie wykonać najprostszych czynności domowych, jak np. umycie podłogi.

Opieka nad trzyletnią wtedy Talkusią była dla mnie wyczerpująca. I pomyśleć, że w dziewiątym miesiącu ciąży z Talkusią spacerowałam po górach w pobliskim Peak District! Zgagę miałam tak silną, że albo jadłam bez przerwy lody waniliowe, albo w chwilach desperacji wychylałam Gaviscon prosto z gwinta. Ale za to poród miałam mieć luksusowy, bo po wielogodzinnych walkach o narodziny Talkusi zakończonych “emergency cesarean”, zaproponowano nam planowaną cesarkę. Niestety nie odbyła się ona bez przygód dla obu stron. Dużo by tu pisać, najtrudniejsze było dla mnie to, że Pynio wylądował w inkubatorze. Nie był obok mnie, tylko na innym oddziale, co było przeżyciem wysoce traumatycznym, szczególnie, że i tak byłam pociążowo rozhuśtana hormonalnie i niesamowicie stęskniona za Talkusią. Na szczęście po około tygodniu wyszliśmy do domu, gdzie dalsza nauka karmienia piersią (ja już umiałam, to Pynio się uczył) i walka z refluksem. Pynio przez swoje problemy żołądkowe budził się w nocy co godzinę, a jego drzemki w dzień też nie trwały dłużej niż godzinę. Nie znosił być w wózku i generalnie najlepiej mu było w domu. Ma to nawet w pewnym stopniu do dzisiaj. Jego nauczycielka określiła go raz z czułością: “home boy”, kiedy nie chciał się rozstać ze mną. Ogólnie fizycznie był o wiele słabszy niż Talkusia w tym wieku i borykaliśmy się z wieloma infekcjami. Jeden szczególnie uporczywy atak rotawirusa nawet zakończył się pobytem w szpitalu. Talkusia była od początku super siostrą i bardzo pomagała mi w opiece nad braciszkiem. Wszystkie jego drzemki spędzałyśmy na “specjalnej zabawie”, tylko ja i ona. To były cudowne chwile. Pynio okazał się dzieckiem o bardzo pogodnym usposobieniu. Bardzo dużo się uśmiechał, podczas gdy u Talkusi w wieku niemowlęcym trzeba było zapracować sobie na uśmiech. Od początku dużo i często wokalizował. Rozmawiał po swojemu do siebie, zabawek czy do nas. Jego gaworzenie było bardzo melodyjne, a aparat artykulacyjny od początku wydawał się bardzo sprawny. Tak jak Talkusia ma umysł bardziej analityczny i większy talent do plastyki niż muzyki, tak Pynio od początku wykazywał bardziej emocjonalne podejście do życia oraz zdolności muzyczne. Myzyka i śpiew zawsze wprawiały go w dobry nastrój. Jeszcze nie potrafił dobrze chodzić, a już, jak zahipnotyzowany wpatrywał i wsłuchiwał się z dziadkiem w koncert zespołu Queen. Nie zdziwiłam się zatem, gdy bardzo wcześnie zaczął mówić. Pierwsze słowa pojawiły się dobrze przed pierwszym rokiem życia, co po trudnych doświadczeniach z Talkusią, opisanych tu, było prawdziwym luksusem. Pynio mówił dużo, chętnie i bardzo jak na swój wiek wyraźnie. Używał niewielu gestów, gdyż tak szybko rozwinął mowę głośną. Miał dużą motywację do komunikacji i łatwo nawiązywał rozmowę. Żartował i bawił się językiem. Wszystko ładnie, pięknie, ale… To ALE jest dość znaczące i o nim w następnym odcinku 🙂

To zdjęcie mojej ręki jest tu jak najbardziej na miejscu. Te “boziowe” bransoletki to prezenty od moich dzieci. Pierwszą, różową dostałam od jak zwykle niesłychanie uczuciowego Pynia na urodziny, a kolejne dwie do kompletu po jednej od Pynia i od Talkusi już bez okazji. Traktuję je jak amulety i noszę codziennie. Nie wiem dlaczego Talkusia mówi, że wyglądam w nich jak modelka 😉 Wiele z tych świętych obrazów pamiętam z dzieciństwa, z domów moich babć. Bransoletki te przypominają mi zatem dawne czasy, moje dzieci, a jednocześnie dają mi poczucie wiary, że Ktoś cały czas nade mną czuwa. Dodatkowo dedykuję to zdjęcie Asi z blogu Zwyczajne pakistańskie życie. Sami sprawdźcie dlaczego 🙂

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

8 thoughts on “Językowa historia Pynia część pierwsza – talent do języka

  • BasiaB

    Od wielu mam słyszałam,że każde kolejne dziecko to nowa przygoda, mimo ,że pewne sytuacje i czynności sa podobne jednak każde dziecko jest jedyne i wyjątkowe i ma własny rytm co sprawia ,że zmienia się punkt widzenia mam 🙂 Jednak takie doświadczenia czynią nas kobiety silniejszymi, a na pewno bogatszymi o piękne wspomnienia:)

    • Aneta Nott-Bower

      Masz rację, Basiu. W moim poście nie miałam na myśli tego, że oczekiwałam, że Pynio będzie podobny do Talkusi. Miałam świadomość, że jako inna osoba, będzie innym dzieckiem i będzie dostarczał mi innych doświadczeń. Nie wiedziałam tylko, że te różnice będą tak skrajne, także w zakresie rozwoju mowy. Dodam jeszcze, że pomimo tak różnych ścieżek rozwoju obydwoje dzieci osiągnęły adekwatny do wieku poziom rozwoju mowy w obu językach.

    • BasiaB

      Ta też go zrozumiałam. Mnie zaś chodziło o to ,że mimo wszystko jakoś podświadomie wydaje się nam ,że każde dziecko jest podobne do siebie.Ale to chyba kwestia wczesnego niemowlęctwa- można dać koleżance rady jak układać do spania, jak kąpać, w co ubrać i jakiego kremu na odparzenia użyć bowiem gdy dziecko podrośnie, robi się charakterne i wtedy nie ma już przeproś zostaje tylko mamina metoda prób i błędów dostosowana do własnej pociechy. A twoje doświadczenia utrzymują mnie w przekonaniu ,że rozwój i chęć nauki innego języka zależny jest w głównym stopniu od podejścia rodziców.Tutaj bowiem sporo rodzin dwujęzycznych (matki polki mam na myśli) zaniedbuje lub wręcz zupełnie ignoruje nauczanie dzieci języka rodzinnego. Inaczej jest jak zauważyłam u Kosowarczyków – u nich dominującym językiem jest ich własny, rozmawiają w nim z dziećmi , mężami i koleżankami i dopiero wśród mieszanego towarzystwa używają włoskiego(lokalnego) dzieci tego języka uczą się w szkołach władając już niemal idealnie językiem rodziców.I oni nie mają do tego żadnych reguł ani podręczników….

  • asia

    Aneto, dziękuję za dedykację 🙂 naprawdę to zrządzenie losu też dla mnie, że Twoje dzieci dały Ci te właśnie bransoletki, żeby Ci zapewnić ochronę 🙂 dzięki temu odkryłam Twój blog i zabieram się do lektury od deski do deski… Bardzo mi zależy, żeby Michał był dwujęzyczny, choć jestem w skrajnej mniejszości ze swoją polszczyzną i na razie na etapie różnych kombinacji słownych w rodzaju “lew hansratał” (w urdu hansna znaczy śmiać się) pozdrawiam serdecznie! Asia

  • Ola Handford

    Fajnie opisujesz historie swoich dzieci. Ja jestem dopiero na poczatku drogi, bo moje dziecko ma nie cale dwa lata, jednak juz teraz widze silniejszy wplyw jezyka dominujacego (angielskiego). Po polsku mowie tylko ja (caly czas) i niania 2/3 dni w tygodniu. W domu rozmawiamy po angielsku, ale tata pracuje do pozna, wiec na codzien ma z nim moze z godzine kontaktu, srodowisko jest angielskie. I corka rozumie podobnie w obu jezykach, jednak po polsku mowi tylko kilka slow. Po angielsku juz ladnie zaczyna skladac proste zdania. Mowie do niej duzo, czytam duzo, bo lubi, a jezyk i tak sie rozwija bardzo asymetrycznie i to nie w ta strone, w ktora bym chciala. Od wrzesnia pojdzie do przedszkola angielskiego i wtedy to juz w ogole bedzie trudniej. Zastanawiam sie, co robic inaczej, jak bardziej stymulowac rozwoj polskiego…